Wstęp: Dlaczego piszę?
Aparat fotograficzny bywa tarczą. Przez siedemnaście lat pracy zawodowej nauczyłem się patrzeć przez wizjer tak, by kontrolować światło, geometrię i kadr. Nauczyłem się sterylności i dystansu, którego wymaga ode mnie komercyjne rzemiosło.
Jednak istnieją historie, przed którymi żadna tarcza nie chroni. Historie, które nosimy w krwiobiegu, zapisane w genach i rodzinnych szeptach, czekające na właściwy moment, by upomnieć się o swoje miejsce w świecie.
Gdy na moim biurku spoczęły oryginalne, pożółkłe listy mojej babci, Emilii Malik, pisane w latach 1941–1944 z kazachstańskiego specposiołku Priesnogorkowka, zrozumiałem, że muszę odłożyć na bok dotychczasową rutynę. Kiedy zestawiłem te kruche, dramatyczne zapiski z katorgi z wojennym losem mojego dziadka, Stanisława Cierpisza – ułana 6 Pułku Ułanów Kaniowskich, więźnia niemieckiego Oflagu II C Woldenberg – dostrzegłem porażającą, bolesną symetrię. Dwoje kochających się ludzi, rzuconych przez dwie bezwzględne machiny totalitarne na dwa krańce kontynentu. On za drutami w Dobiegniewie, ona w wykopanej w stepowej ziemi ściółce, poranionymi dłońmi wożąca cegły, by ocalić rodzeństwo od śmierci głodowej. Dzieliło ich 7 000 kilometrów absolutnej, wojennej samotności.
Ten dziennik nie jest zwykłym rejestrem wydatków, biletów i logistycznych potyczek. To zapis mojego osobistego wybudzania się z tego, co babcia Emilia nazwała w 1944 roku „trzyletnim snem koszmarnym”.
Postanowiłem wyruszyć z aparatem i kamerą w podróż śladami ich odysei. Przejdę przez mury oflagu w Dobiegniewie, drogi Niemiec i Holandii, aż po bezkresny, duszny step północnego Kazachstanu. Chcę skonfrontować słowa babci ze współczesnym obrazem miejsc, które mijała każdego dnia, walcząc o godność i człowieczeństwo. Emilia Malik jest dla mnie kimś więcej niż babcią – na tej drodze staje się symbolem i głosem setek tysięcy polskich kobiet, matek i dzieci, których krzyk tęsknoty wsiąkł w kazachstańską ziemię.
Będę tu zapisywał wszystko. Moje wątpliwości jako artysty, który porzuca komercyjny bezpieczny ląd na rzecz szorstkiego dokumentu. Logistyczne zmagania z urzędami, granicami i stepowym żywiołem. Wybory techniczne, poszukiwania języka wizualnego, spotkania z ludźmi i wreszcie – powrót do Rzeszowa, gdzie moi dziadkowie po latach wygnania odnaleźli swoje bezpieczne przebudzenie, i gdzie ta historia w postaci wystawy i filmu zamknie swój bieg.
Zapraszam Cię do towarzyszenia mi w tej drodze. Przejdźmy te 7 000 kilometrów razem.
Tomasz Cierpisz
Rzeszów, październik 2026 r.
Autor: Tomasz Cierpisz
Status: Etap I – Kwerenda archiwalna i przygotowania logistyczne
Projekt oficjalnie wystartował w mojej głowie i w moim studiu. Trzymam w dłoniach oryginalne, pożółkłe listy mojej babci Emilii Malik z 1941 roku, wysyłane z kazachstańskiego specposiołku Priesnogorkowka. 85 lat historii na kruchym papierze. Kiedy patrzę na odręczny napis „Sybiri” i porównuję go z surowymi, czerwonymi stemplami sowieckiego aparatu urzędowego, czuję potężny ciężar tej opowieści.
Dziś zrealizowałem pierwszą, kluczową sesję studyjną tych dokumentów. Zrezygnowałem ze sterylnego, komercyjnego podejścia. Użyłem twardego, bardzo niskiego światła bocznego (chiaroscuro) i głębokich cieni. Chciałem, aby każde zagniecenie papieru i ślad dotyku babci wyłoniły się z absolutnego mroku – tak jak jej życie wyłaniało się z mroku kazachstańskiej ziemianki, gdy w srogie mrozy marca 1941 roku walczyła o przetrwanie rodzeństwa. Efekty przerosły moje oczekiwania. Te kadry to gotowa oś dla pierwszej sekcji dyptyków.
Kolejne kroki są już precyzyjnie rozplanowane:
Ten dziennik będzie zapisem mojej drogi. Od rzeszowskiego studia, przez bezkresny step, aż po galeryjną premierę. To hołd dla Emilii, Stanisława i setek tysięcy tych, których wschodni wiatr rozrzucił po nieludzkiej ziemi. Przetrwamy ten dystans.
Autor: Tomasz Cierpisz
Status: Etap I – Kwerenda archiwalna i formowanie ekipy filmowej
Pierwsze spotkanie produkcyjne za mną. Usiedliśmy dziś przy stole z moim kuzynem, Piotrkiem. Położyłem przed nim oryginały listów babci Emilii z Presnogorkowki oraz wczorajsze, surowe kadry studyjne dokumentów, które wyciągnąłem z mroku światłocieniem.
Reakcja Piotrka była natychmiastowa. Krew nie woda – emocjonalny ciężar i poetyka tej historii uderzyły go tak samo mocno jak mnie. Bez sekundy wahania podjął decyzję: wchodzi w ten projekt całym sobą.
Jako świetny filmowiec, Piotrek dał mi pełną elastyczność producencką. Jest gotowy zrealizować ze mną cały międzynarodowy materiał wideo, ale z entuzjazmem przyjął też rewolucyjny wariant hybrydowy. Wariant, w którym naszą rodzinną, europejską odyseję (Dobiegniew, Niemcy, Holandia) filmuje on – z osobistą czułością wnuka, przejmując jednocześnie stery Głównego Montażysty całego filmu, podczas gdy do Kazachstanu ze względu na barierę językową poleci ze mną Andrzej ze swym płynnym rosyjskim.
Niezależnie od tego, którą konfigurację personalną ostatecznie wybiorę po weekendowej rozmowie z Andrzejem, jedno jest pewne: ten film ma już swojego strażnika emocji. To niesamowite uczucie, gdy prywatne archiwum z szuflady zamienia się w profesjonalną, dwuosobową machinę produkcyjną.
Następny przystanek: poniedziałkowe spotkanie z Andrzejem. Zderzymy rodzinną krew z chłodnym, postsowieckim pragmatyzmem.